niedziela, 11 listopada 2018

8. "Motylek"

Tytuł: "Motylek"
Autorka: Katarzyna Puzyńska
Ilość stron: 608
Ocena: 3/10










SPOILERY! (bez nich naprawdę nie sposób omówić tego, co się tutaj wydarzyło)



Nie mam nic przeciwko łączeniu obyczajówki z kryminałem, ale uważam, że wszystko ma swoje granice. W „Motylku” natomiast nie ma żadnych granic – jakieś 80% tej książki to obyczajówka i jeśli ktoś nazywa to kryminałem, to chyba nigdy żadnego nie czytał. Tym bardziej bawi mnie ten chwyt marketingowy na okładce „doskonale skonstruowany kryminał, gęsta atmosfera małej społeczności […]”. Gdzie ten kryminał i gęsta atmosfera?
Abstrahując od tego, że ta książka wcale nie jest kryminałem, to mamy w niej wszystko – przemoc domową, handel narkotykami w małej miejscowości, piętnastolatki, które zachodzą w ciążę, aborcję, alkoholizm, księdza – gwałciciela, związek z dużą różnicą wieku (oczywiście dla pieniędzy), romanse, zdrady, problemy psychiczne… Długo by wymieniać. A to wszystko na kartkach książki, która ma zaledwie 600 stron. Zaledwie, gdyż ilość poruszanych problemów jest wręcz niewiarygodna.
Jakby te wszystkie wątki to było za mało (a gdzieś tam w tle oczywiście wątek kryminalny, ale kto by o tym pamiętał przy tych wszystkich zdradach, romansach i problemach?), to mamy jeszcze bohaterów. Jakichś dwudziestu bohaterów, a każdy głupszy od poprzedniego. Naprawdę, trzeba to napisać dosadnie, każda, absolutnie każda postać w tej książce, jest głupia.
Wszystko zaczyna się od przeprowadzki Weroniki Nowakowskiej do Lipowa. Mąż ją zdradzał, więc postanowiła rzucić pracę, kupić domek na wsi i zamieszkać tam, nie mając żadnej pracy, ani jakiegokolwiek innego źródła dochodu. A na dodatek przeprowadziła się do tego domu, zanim wpadła na pomysł, że przydałby się remont, więc później rozpaczała, jak ona zdąży z remontem stajni do czasu przyjazdu jej konia. Tak, w tym momencie miałam nieprzyjemne skojarzenia z bohaterkami Michalak. Poza tym Weronika okazuje się bardzo miłą osobą – już przy pierwszym spotkaniu z Blanką twierdzi, że ta jest głupia (bo jest blondynką, więc to takie oczywiste) i wyszła za starszego mężczyznę tylko dla pieniędzy (nie, nawet przez chwilę nie rozważyła innej opcji, bo takie związki są tylko dla pieniędzy).
Jest też Wiera, która prowadzi sklep. I ona też jest wspaniałą osobą – otwiera i zamyka sklep, kiedy jej się podoba, bo on należy do niej, to jej dziecko, a klienci tak naprawdę w ogóle jej nie obchodzą i ma w głębokim poważaniu ich zdanie. Tak, we wsi, w której jest tylko jeden sklep, właścicielka otwiera go i zamyka, kiedy jej się podoba, a nikt nie ma z tym żadnego problemu. Życiowe, co? A jedyną osobą, która ma z tym problem, jest gospodyni księdza, ale nie, nie dlatego, że nie może zrobić zakupów, kiedy ma taką potrzebę – jej po prostu przeszkadza pochodzenie Wiery, bo nie toleruje obcych. Natomiast Wiera nie przejmuje się tym, że gdyby nie klienci, to nie miałaby żadnych pieniędzy. Ona sobie robi, co chce, a wszyscy ją za to uwielbiają.
Nie zabrakło też policjantów – jeden znęca się nad żoną i dziećmi, drugi jest alkoholikiem, trzeci to trzydziestopięcioletni maminsynek, a czwarty jest… bardzo rodzinny. I w sumie żaden z nich nie ma pojęcia o prowadzeniu śledztwa. Daniel Podgórski przez dziesięć minut zastanawia się, stojąc przed plebanią, czy powinien wejść do środka i przesłuchać księdza (jak wszystkich w okolicy), czy może lepiej mu nie przeszkadzać, bo ten ma gości, a on jest tylko policjantem i prowadzi śledztwo. Do tego jest jeszcze Klementyna Kopp, która ma być jakąś super panią komisarz, która błyskawicznie rozwiązuje sprawy, ale wcale taka nie jest. Zamiast tego ciągle wspomina swoją zmarłą partnerkę, jak to oczywiście na porządny kryminał przystało. Zdaje się, że miała to być oryginalna, barwna postać, która powali czytelnika swoim intelektem, ale zamiast tego wyszła irytująca baba, która jedyne co robi, to pije gazowane napoje i wspomina ukochaną.
O każdej postaci mogłabym napisać bardzo dużo, bo każda z nich była równie infantylna, płaska i zachowywała się w sposób absurdalny. O tych wszelakich problemach również, bo każdy z nich został potraktowany po macoszemu i tak naprawdę odnoszę wrażenie, że autorka po prostu wrzuciła do jednej książki wszystko to, co się teraz sprzedaje i wyszło jej z tego… zupełnie nic. Oczywiście jest to dopiero pierwsza część serii i mogę mieć tylko nadzieję, że niektóre te wątki zostaną choć trochę wyjaśnione…
Puzyńskiej nie ratuje nawet styl. Pisze lepiej od Mroza, to fakt, ale nie jest to jakiś wyczyn. Historię przedstawia z perspektywy wszystkich bohaterów, co jest irytujące i niepotrzebne. Z perspektywy zabójcy również – w pierwszej osobie liczy pojedynczej, żeby się wyróżniał, oczywiście. Na samym początku książki trzy zdania są napisane nawet z perspektywy kruka, tak że… Do tego dochodzą jeszcze retrospekcje i traktowanie czytelnika jak idiotę. Naprawdę jestem w stanie zrozumieć, co się dzieje w danej scenie i zapamiętać bohaterów, a Puzyńska zdaje się w to powątpiewać, bo imię i nazwisko bohatera powtarza z dziesięć razy na jednej stronie. Myślę, że w ilości powtórzeń mogłaby spokojnie konkurować z Bondą.
Reasumując, Katarzyna Puzyńska okazała się autorką obyczajówki z jakimś tam wątkiem kryminalnym (jak sobie przypominam rozwiązanie sprawy morderstw w „Motylku”, to śmiać mi się chce), tworzącą płaskie, bardzo stereotypowe postacie, które zachowywały się w sposób absurdalny chyba tylko po to, żeby akcja jakoś brnęła do przodu. Może i czyta się to szybko, ale to chyba jedyny plus tej książki. Lepsza od Mroza i gorsza od Bondy. Więcej nie przeczytam powieści jej autorstwa i nie polecam.


piątek, 9 listopada 2018

American Film Festival

Dziś nie będzie o książkach, ale o wydarzeniu związanym z kulturą, a dokładniej z kinem. Trochę już czasu minęło od zakończenia dziewiątej edycji American Film Festival, która odbyła się we Wrocławiu w dniach od 23 do 28 października tego roku. Z racji tego, że brałam udział w tym festiwalu, chciałabym polecić Wam kilka filmów, które zwróciły moją uwagę.

                                                   
 
1. "Wymazać siebie" 

Najbardziej oczekiwany przeze mnie film na tym festiwalu, który (piszę to z ulgą) spełnił moje oczekiwania. Nie spodziewałam się dzieła wybitnego, a dobrego filmu i taki właśnie dostałam. Film opowiada historię chłopaka pochodzącego z bardzo wierzącej, chrześcijańskiej rodziny (ojciec jest pastorem), który przyznaje się rodzicom, że jest gejem. Zostaje przez nich wysłany na terapię reparatywną, która ma go z jego homoseksualności „wyleczyć”. Jest to opowieść oparta na prawdziwych wydarzeniach, a przez to chyba jeszcze bardziej autentyczna. Sam film jest bardzo smutny, poruszający i świetnie pokazuje walkę o własną tożsamość. Aktorsko jest to prawdziwa plejada gwiazd – od Nicole Kidman, która jak zwykle wypada fantastycznie, aż po Xaviera Dolana, którego zawsze oglądam z wielkim uczuciem w sercu, bo to jeden z moich ulubionych reżyserów. Nawet Troye Sivan nie wypada tak drewnianie, jak się tego spodziewałam przed seansem. Mistrzowska jest jednak przede wszystkim rola pierwszoplanowa, a w niej Lucas Hedges, czyli chłopak, którego (jak ze wstydem przyznaje), nazwiska nie potrafię zapamiętać. To właśnie ten utalentowany młody aktor, który ma już na swoim koncie role w takich filmach jak: „Manchester by the Sea”, „Trzy billboardy…”, czy „Lady Bird”. Karierę tego chłopaka naprawdę warto śledzić!
„Wymazać siebie” będzie miało premierę w Polsce 1 marca 2019 roku i sądzę, że jest to film, na który warto wydać pieniądze i wybrać się na niego do kina. Polecam.

2. "Złe wychowanie Cameron Post"

To całkiem zabawne, że na festiwalu pojawiły się dwa filmy poruszające tę samą tematykę, czyli terapię reparatywną. W tym przypadku mamy jednak do czynienia z perspektywą dziewczyny, która zostaje wysłana do chrześcijańskiego ośrodka, po tym, jak zostaje przyłapana w dwuznacznej sytuacji z przyjaciółką przez swojego chłopaka. Dwa ujęcia jednego tematu, dwie perspektywy, ale w przypadku tego filmu problem „leczenia homoseksualizmu” jest pokazany znacznie lżej i z mniejszym ładunkiem emocjonalnym niż w „Wymazać siebie”. W niektórych momentach ten film popada wręcz w sielankowe nuty i może to niektórym przeszkadzać, bo temat jest jednak bardzo poważny. Niemniej jednak przyjemnie się ogląda ten film, jakkolwiek by to nie brzmiało, i wspominam go bardzo ciepło. A aktorka odgrywająca główną rolę jest po prostu przepiękna! Poza tym trzeba przyznać temu filmowi, że bardzo fajnie zostały ukazane absurdy takich terapii i nie raz, nie dwa można się zaśmiać na tym seansie.
„Złe wychowanie Cameron Post” będzie miało swoją premierę 25 stycznia 2019 roku. Jeśli szukacie filmu o tematyce LGBT, ale nie chcecie przy tym zbyt dużego dramatu, to ten film powinien Wam się spodobać. 

3. "Her Smell"

Film, na który zdecydowałam się dosyć nagle, choć niewiele wiedziałam o jego fabule. I nie żałuję. Bardzo intensywny i momentami mocno psychodeliczny seans, w którym Elisabeth Moss daje popis aktorskich umiejętności. Jest to historia o Becky Something, wokalistce zespołu punkowego i jej wielkim sukcesie, a następnie jeszcze większym upadku. Trudno opisać uczucia związane z tym filmem. Jest trochę przydługi, ale nie jest to tak dużą przeszkodą w odbiorze, bo to naprawdę bardzo ciekawe doświadczenie. Jeśli ktoś lubi dużo mocnej muzyki, a do tego bardzo intensywną, emocjonalną narrację, to z pewnością znajdzie tu coś dla siebie.
Niestety, nigdzie nie widzę zapowiedzi polskiej premiery tego filmu, więc trzeba tylko czekać i rozglądać się po różnych festiwalach. A nuż, może gdzieś jeszcze się pojawi.

4. "Długa głupia podróż"

Jedyna komedia w moim zestawieniu. I to komedia, na której naprawdę dobrze się bawiłam; którą oglądałam z przyjemnością. Film opowiada historię młodego fotografa, który wybiera się do Los Angeles na studia. Gdy jego samochód psuje się w jakimś małym, słabo zaludnionym miasteczku, zyskuje nowego towarzysza – mechanika Richarda. I tak ciągnie się ten film drogi, pokazując nam podróż przez różne miasta, ze ścierającymi się charakterami i typowym, amerykańskim humorem. Żarty są różne – od typowo amerykańskich z najniższej półki, po żarty sytuacyjne. Na pewno nie wszystkim będzie pasował ten humor, ale ja się dobrze bawiłam. Trzeba też zaznaczyć, że młodego fotografa gra tutaj Tony Revolori (ten sam, który świetnie poradził sobie w „Grand Budapest Hotel), a partneruje mu Jason Mantzoukas. Razem wypadają naprawdę bardzo dobrze i z przyjemnością śledzi się ich relację.
„Długa głupia podróż” jest kolejnym filmem, który może nie doczekać się swojej premiery w Polsce. Warto jednak rozglądać się po festiwalach, bo to naprawdę przyjemna komedia. I z pewnością lepszy wybór niż większość tworów komediopodobnych produkowanych w naszym kraju.

Pierwszy raz uczestniczyłam w tym festiwalu i wrażenia mam bardzo dobre, przynajmniej jeśli chodzi o festiwalową atmosferę. Poznałam dużo ciekawych osób, dobrze spędziłam czas, ale jeśli chodzi o samo kino, to przyznaję, że panowała lekka posucha. Większość seansów była po prostu średnia i niewarta zapamiętania. Przez to mam jednak lekki niedosyt, bo oczekiwałam czegoś więcej. W szczególności, że kino amerykańskie bardzo lubię. Było to jednakże kolejne doświadczenie, kolejna przygoda i cieszę się, że się na nią zdecydowałam.

piątek, 19 października 2018

7. "Śmierć czeskiego psa"

Tytuł: "Śmierć czeskiego psa"
Autor: Janusz Rudnicki
Ilość stron: 208
Ocena: 7/10











„Śmierć czeskiego psa” to zbiór bardzo dziwnych, trochę szalonych opowiadań, które razem tworzą zaskakująco dobrą mieszankę. Trudno jakoś konkretnie sklasyfikować te teksty - są to bardziej wariacje na temat gatunku, napisane bardzo prostym i dosadnym językiem.
Janusz Rudnicki dzieli opowiadania na dwie części – tę poświęconą emigracji  (w szczególności Polakom, którzy wyemigrowali do Niemiec, bo autor sam kiedyś tam mieszkał) i tę skupiającą się na postaciach historycznych. Mnie osobiście bardziej zainteresowała ta druga, głównie przez formę, ale oczywiście tej pierwszej niczego nie brakowało.
Dużo w tej książce polskości, dużo o zachowaniach Polaków na emigracji, sporo autoironii. Wszystko mocno przerysowane i okraszone dużą dawką groteski. Autor sam umieszcza siebie w niektórych opowiadaniach, wszystko przedstawiając z dystansem, bez zadęcia. Widząc Rudnickiego, który staje się bohaterem opisywanej historii, od razu skojarzyło mi się to z czymś typowym dla Gombrowicza, czy Witkowskiego. Można powiedzieć, że Rudnicki podąża w podobnym kierunku.
Druga część książki jest bardzo ciekawa przez samą formę – bohaterami opowiadań są postacie historyczne, a autor tworzy coś na wzór biografii opartej na wcześniej napisanej już biografii. Może brzmieć to trochę absurdalnie, ale Rudnicki nawet informuje czytelnika, z jakiego źródła (filmu lub książki) czerpał swoją wiedzę. To trochę tak, jakby wybierał najciekawsze (według niego) historie z życia bohatera i opisywał je na swój sposób. Muszę przyznać, że sama ta koncepcja była dla mnie niezwykle interesująca, a opowiadanie o Andersenie szczególnie mocno do mnie trafiło. Aż chyba sięgnę po pełną biografię Andersena.
Trudno jest pisać o tej książce w jakiś skondensowany sposób, który oddawałby to, czym ten zbiór opowiadań tak naprawdę jest. Dla mnie jest trochę zabawą, dobrze poprowadzoną i wciągającą czytelnika. Z pewnością sporo osób odbije się od tej książki przez język, bo Rudnicki nie przebiera w słowach. Jeśli przeszkadzają Wam wulgaryzmy w literaturze, to na pewno nie są to opowiadania dla Was, bo przekleństw jest tu całe mnóstwo. To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem i przypuszczam, że nie ostatnie, bo zostałam naprawdę mile zaskoczona. Polecam.

czwartek, 4 października 2018

6. "Poziom śmierci"

Tytuł: "Poziom śmierci"
Autor: Lee Child
Ilość stron: 460
Ocena: 5/10













Jack Reacher przybywa do Margrave – miasteczka, o którym nikt nie pamięta – w poszukiwaniu śladów po Ślepym Blake’u. Ledwie przekracza granice miasta, zostaje aresztowany. W nocy dokonano morderstwa, a on, jako jedyny przejezdny, od razu staje się głównym podejrzanym. I co dalej? 

Już po pierwszym zdaniu wiedziałam, że mogę mieć problem z tą książką, bo narracja jest poprowadzona w pierwszej osobie, za czym nie przepadam. I muszę przyznać, że autor bardzo pozytywnie mnie zaskoczył – narracja jest prowadzona z punktu widzenia żołnierza i czytając tę powieść, byłam w stanie w to uwierzyć. Tak naprawdę to, w jaki sposób została napisana ta książka, jest jej największym atutem. 
Nie jest to najlepszy kryminał, jaki czytałam. Mnóstwo w nim zbiegów okoliczności (naprawdę doceniam autotematyczność w jednej scenie, gdy główny bohater sam zwraca uwagę na to, że wszystko jest tu trochę zbyt nieprawdopodobne) i mało rzeczywistych zdarzeń (Jack zachowuje się czasem jak superbohater Marvela). Sam główny bohater jest takim typem postaci, za którym nie przepadam w kryminałach – jest zbyt doskonały, by w niego uwierzyć (a przy tym popełnia głupie błędy i nie widzi oczywistych rzeczy, co chyba drażni najbardziej). 
Choć mam sporo uwag, dostrzegłam dużo głupich błędów i jestem świadoma, że nie jest to kryminał najwyższych lotów, to jednak muszę przyznać, że „Poziom śmierci” Lee Childa czytało mi się bardzo przyjemnie. Historia mnie wciągnęła i trudno było mi się od niej oderwać. Dostarczyła mi takiej rozrywki, jakiej w tym momencie potrzebowałam. Nie mogę w stu procentach polecić tego kryminału, bo jest zbyt niedopracowany, ale jeśli naprawdę nie macie innych opcji, to ta książka nie będzie całkowitą stratą czasu. Gdy w przyszłości nie będę miała żadnego wyboru, jeśli chodzi o kryminały, to prawdopodobnie sięgnę po kolejną część z cyklu o Reacherze – ot, dla zwykłej, prostej przyjemności.


piątek, 28 września 2018

5. "Zima naszej goryczy"

Tytuł: "Zima naszej goryczy"
Autor: John Steinbeck
Liczba stron: 414
Ocena: 5/10*













„Zima  naszej goryczy” – pierwsza książka Steinbecka, po jaką sięgnęłam i muszę przyznać, że okropnie mnie ta powieść zmęczyła. Czytałam ją i czytałam, a końca nie było widać.
Lata 60., Ameryka. Ethan Hawley jest potomkiem rodziny, do której niegdyś należało pół miasta. Teraz przyszło mu pracować w sklepie imigranta jako subiekt, z czym nie może sobie poradzić ani on, ani jego cała rodzina. Gdzieś z boku mamy też Margie – rozwódkę, która kombinuje, jak mieć pieniądze i nie pracować, a także Danny’ego – byłego przyjaciela Ethana, dobrze wykształconego, który skończył jako pijak i żebrak. Historia brzmi ciekawie, podeszłam do tej książki z dużym zainteresowaniem, ale… coś jest nie tak.
Nie mogę przyczepić się do fabuły, czy kreacji bohaterów. Wręcz przeciwnie, uważam, że Steinbeck zawarł w tej książce bardzo trafne spostrzeżenia nie tylko odnośnie społeczeństwa amerykańskiego, ale ludzi tak ogólnie. Bohaterowie tej książki są dumni, pełni niespełnionych ambicji i walczą z różnymi pokusami (lub im się poddają). Pytanie, kogo tak naprawdę można uznać za uczciwego? I jak daleko można się posunąć, żeby osiągnąć sukces? „Zima naszej goryczy” powstała w latach 60., ale jest na tyle uniwersalna, że można odnieść wrażenie, jakbyśmy czytali o czasach nam współczesnych.
Nie mogę odmówić Steinbeckowi trafności spostrzeżeń i ładnej konstrukcji całej historii, która, pomimo braku jakiejś wielkiej akcji (jak przystało na obyczajówkę), potrafi wciągnąć. Muszę jednak przyznać, że jego styl bardzo mnie zmęczył. Zdarzały się momenty, gdy chłonęłam tekst, ale w przeważającej większości po prostu walczyłam z kolejnymi kartkami. Poza tym nie znoszę takiej zabawy narracją – w większości rozdziałów mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową, a co jakiś czas jest wstawka w postaci rozdziału z narracją trzecioosobową. Drażni mnie to okropnie, a w tym przypadku nie do końca widzę też cel takiego zabiegu. Bardzo wybijało mnie to z rytmu.
Pozostaje też kwestia dialogów – przez większość powieści, kiedy odzywał się główny bohater, miałam ochotę odłożyć książkę z irytacji. To jego „zabawne” podejście do świata, zbywanie wszystkiego i gadanie o pierdołach z żoną… Nie. Po prostu nie.
Mam też uwagi odnośnie samego wydania tej książki. Pani, która zajmowała się korektą, musiała mieć jakieś kiepskie dni, bo dawno nie widziałam tylu błędów. Poza tym nie rozumiem, dlaczego kanapka z szynką i serem nie może pozostać kanapką z szynką i serem, a nie „sandwiczem”. I naprawdę nie trzeba mi tłumaczyć, kim jest koroner…
Sięgając po „Zimę naszej goryczy”, miałam chyba większe oczekiwania i nie do końca czuję, by zostały one spełnione. Z pewnością sięgnę po jeszcze jedną książkę Steinbecka, żeby przekonać się, czy następnym razem też odbije się od jego stylu.
_________________
* Ocena ocenie nierówna, więc musicie pamiętać, że "5" dla Steinbecka to nie to samo, co "5" dla jakiegoś kryminału ;) 

poniedziałek, 24 września 2018

4. "Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Miłość"



Tytuł: "Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Miłość" 
Autor: Jonas Gardell 
Liczba stron: 286
Ocena: 7/10













Zaczynałam tę książkę z mieszanymi uczuciami. Tematyka AIDS i początków ruchu LGBT nie jest mi obca, widziałam dużo filmów o tej tematyce i zastanawiałam się, czy ta powieść nie będzie takim typowym romansem z chorobą w tle, jak to się zwykle zdarza. Jest tak i nie jest. 

„Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Miłość” to historia dwóch młodych chłopaków – Rasmusa i Benjamina. Ten pierwszy, wychowany w małym miasteczku Koppom, o którym zdawał się zapomnieć świat, kończy szkołę i przyjeżdża do stolicy na studia, gdzie chce w końcu poczuć się sobą. Nie marzy o niczym innym jak o przynależności do innych homoseksualistów, o byciu częścią tego kolorowego środowiska. Drugi z nich jest natomiast mocno zaangażowanym świadkiem Jehowy, który całe swoje życie poświęca Jehowie, „wyruszając na służbę”. Jeden z nich chce w końcu poczuć się wolnym, a drugi próbuje udawać, że wcale nie jest tym, kim jest. 
Na początku nie szło mi najlepiej z czytaniem tej książki. Nie do końca potrafiłam przyzwyczaić się do narracji i tego, że autor bardzo często przeplata ze sobą różne wydarzenia, które dzieją się w różnym czasie. Ale kiedy już poczułam tę historię, stwierdziłam, że ta powieść jest naprawdę dobrze skonstruowana. W jednym momencie znajdujemy się w szpitalu, przy pierwszym chorym na AIDS, by chwilę później wspominać o tym, co było przed chorobą. I to sprawdza się po prostu doskonale. 
Choć jestem za oddzielaniem twórcy od dzieła, to w tej książce bardzo czuje autora. Oczywiście każdy jest w stanie zrobić research (z tej powieści można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o początku ruchu LGBT w Szwecji i USA, a także o AIDS), ale ja po prostu czułam, że autor jest częścią tego środowiska, że doskonale wie, o czym pisze i wydarzenia z tamtych lat nie są mu obce. 
Reasumując, pierwsza część trylogii „Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek” to bardzo angażująca, dobrze napisana powieść. Nie jest kolejnym, typowym romansem z chorobą w tle, bo ten romans wcale nie jest tu najważniejszy. To powieść o poszukiwaniu samego siebie, o pragnieniu wolności, a przede wszystkim o AIDS, bo to właśnie ta choroba jest najważniejszym bohaterem tej książki. Polecam.


środa, 19 września 2018

3. "Promyczek"

Tytuł: "Promyczek"
Autorka: Kim Holden
Liczba stron: 592
Ocena: 1/10







SPOILERY! (nie do końca, bo sytuacje, o których wspominam, nie mają większego znaczenia, ale żeby nie było, że nie ostrzegałam)




Kate ma dziewiętnaście lat, zaczyna studia i przenosi się do małego miasteczka, gdzie poznaje Kellera, w którym się zakochuje. Ma jednak pewne tajemnice, przez które nie chce pozwolić sobie na zaangażowanie i związek. Tyle dowiadujemy się z opisu książki, który nie jest wcale zachęcający, wskazuje na typowy, schematyczny romans i „Promyczek” dokładnie taki jest. 

Kim Holden udało się stworzyć najgłupszą, najbardziej pretensjonalną i irytującą bohaterkę, jaką widziałam. Uzyskała efekt odwrotny do zamierzonego, ponieważ przez całą książkę próbowała udowodnić, że Kate jest chodzącym ideałem – genialnie śpiewa, gra na skrzypcach, fantastycznie tańczy, zna sytuację ekonomiczną i polityczną całego świata, zaczytuje się w klasyce, robi własne koszulki, bo przecież ma artystyczną duszę, jest tak piękna, że każdy ślini się na jej widok (bo przecież jest w typie każdej kobiety i każdego mężczyzny) i oczywiście chce wszystkim pomagać, bo jest taka wspaniała i cudowna, że tylko ją kochać. Jednocześnie, ta „wspaniała” bohaterka, ocenia każdego już po pierwszym spotkaniu, uważa, że każdy prawnik jest sztywny, ma szare życie i nigdy się nie uśmiecha, sądzi, że ludzie, którzy mają ambicje dotyczące polepszenia swojego statusu materialnego, mają smutne życie i nikt ich nie kocha, a Starbucks został stworzony dla pretensjonalnych bogaczy i nie da się tam zamówić zwykłej, czarnej kawy, bo gdy o taką prosisz, to od razu biorą cię za idiotę. Tak, Kate to naprawdę chodzący ideał. 
W „Promyczku” próżno szukać jakichś postaci poza główną bohaterkę. Jest Gus, najlepszy przyjaciel Kate, jest Keller – jej ukochany, jest Clay i Pete oraz wielu innych, ale każdy z nich jest tak jednowymiarową i płaską postacią, że równie dobrze mogliby się w ogóle nie pojawiać. Ich historie zupełnie nie są rozbudowane, każdą z tych postaci określa jedna (w porywach do dwóch) rzecz i to tyle. Są tylko tłem, które ma pokazać, jak doskonała i najlepsza jest główna bohaterka. Dlatego Kate otaczają Gus i Keller, którzy są tak przystojni i idealni, że wszystkie kobiety i wszyscy mężczyźni mdleją na ich widok. Oczywiście obaj za nią szaleją i są w niej zakochani, bo nie mógłby zakochać się w niej żaden przeciętniak, o nie. Pojawia się też Clay – najbardziej stereotypowo przedstawiona postać homoseksualna, jak tylko można sobie wyobrazić. Mamy tutaj geja jako najlepszego przyjaciela kobiety, słabego, drobnego i wyróżniającego się nieprzeciętnym strojem z tłumu. Pojawia się też wątek homofobii (beznadziejnie poprowadzony), a Clay jest ukazany jako totalny słabeusz i sierota życiowa, i to tylko po to, by Kate mogła stanąć w jego obronie, wygłosić kilka „mądrości” i pokazać, jak bardzo tolerancyjna jest. Wątek Claya bardzo mnie zirytował i naprawdę uważam, że takie powielanie stereotypów jest strasznie żałosne. 
W tej książce nie ma również fabuły. Wydarzenia ciągną się od jednego zbiegu okoliczności do drugiego. Kate nie ma gdzie mieszkać? Nagle okazuje się, że ma ciotkę, która jest tylko trochę starsza od niej i na chwilę ją przygarnia. Kate nie ma pracy? Już pierwszego dnia dostaje pracę w kwiaciarni, choć zupełnie nie zna się na roślinach, nie ma żadnych kwalifikacji oraz doświadczenia i nawet nie przeszła żadnej rozmowy kwalifikacyjnej. Kate poznaje Claya i się z nim zaprzyjaźnia? Oczywiście okazuje się, że ten w akademiku mieszka po drugiej stronie korytarza. To wszystko jest tak nieprawdopodobne i nienaturalne, że naprawdę zastanawiam się, czy autorka miała w ogóle jakiś pomysł na tę książkę, czy może po prostu wymyśliła łzawe zakończenie, a później wpadały jej do głowy właśnie takie zbiegi okoliczności, które miały pchać fabułę do przodu. 
Gatunek tej powieści to romans, więc spodziewać by się można, że relacja między Kate i Kellerem będzie jakoś się rozwijać, a uczucie między nimi będzie narastać. Ale tak nie jest. Ostatnio czytałam bardzo dobry romans („Tamte dni, tamte noce”) i gdy zaczęłam czytać o tym, jak Keller po raz pierwszy spotkał główną bohaterkę, to poczułam się tak, jakbym sięgnęła literackiego dna. Autorka w kwestiach biologicznych potraktowała bohaterów jak zwierzęta i reakcja chłopaka na widok Kate sprawiła, że gapiłam się z niedowierzaniem na tekst, nie mogąc uwierzyć, że dorosła osoba, która ma jakąkolwiek wiedzę o biologii i seksualności człowieka, mogła coś takiego napisać. Dalej wcale nie jest lepiej, bo po dwóch piętnastominutowych rozmowach Kate i Keller są już najlepszymi przyjaciółmi, a ostatecznie okazuje się, że on kochał ją już od początku, czyli zakochał się w jej wyglądzie, bo przecież nawet nie znał jej imienia. Tak, uczucie ich jest głębokie, jak Rów Mariański. 
Nie mogę też nie wspomnieć o tym, jak napisany jest „Promyczek”. Historia jest poprowadzona w pierwszej osobie, a narratorami są Kate i Keller (o czym jesteśmy powiadamiani na górze każdego rozdziału, jakby czytelnik był idiotą i nie potrafił się zorientować). I tutaj doskonale widać warsztatowe braki autorki. Kiedy wprowadza jakiegoś bohatera i chce go przedstawić, robi to w taki sposób, jakbyśmy mieli do czynienia z narratorem wszechwiedzącym, a jest to niemożliwe (standardowo) w przypadku narracji pierwszoosobowej. I właśnie w ten sposób powstają wszystkie przeczucia Kate oraz jej intuicja, dzięki czemu ta wie wszystko o nowo poznanej osobie po wymianie zaledwie dwóch zdań. Zupełnie nie potrafię zrozumieć, dlaczego Holden zdecydowała się na taką narrację, skoro wyraźnie jej to nie wychodzi i ma ochotę pisać inaczej. O braku fabuły, nieumiejętności tworzenia postaci już pisałam, ale chyba najgorszym elementem tej powieści są dialogi. W „Promyczku” nie ma ani jednego dialogu, który nie byłby drewniany. Wszystko brzmi tak sztucznie, jakby autorka nigdy z nikim nie rozmawiała i nie wiedziała, jak wygląda normalna rozmowa. Do tego Holden sili się na młodzieżowy, w jej mniemaniu, język, który sprawia, że jest to jeszcze gorsze i trudniejsze w odbiorze. Poza światem, który autorka stworzyła sobie w głowie, nikt tak nie mówi. 
Zakończenie tej powieści wywołało u mnie jedynie pogardliwe prychnięcie. Schemat goni schemat, historii tego typu powstało już tysiące, a ta nie wnosi niczego nowego poza tym, że udowadnia, iż Holden nigdy nie powinna zabierać się za pisanie, bo jej po prostu to nie wychodzi. Cała ta książka jest dokładnie taka, jak typowe „dzieło” z Wattpada – zaczynając od okładki, przez brak fabuły, jakiegokolwiek rozwoju relacji między bohaterami, a kończąc na braku warsztatu pisarskiego autorki. Nie ma w niej nic „życiowego”, ani prawdziwego, a ta ilość nieszczęść u wszystkich jest po prostu nieprawdopodobna i sztuczna, a przede wszystkim do niczego nie prowadzi. Jestem zażenowana tym, że coś takiego zostało w ogóle wydane i osiągnęło tak ogromną popularność. To najgorsza książka, jaką przeczytałam w ciągu ostatnich lat i chciałabym o niej zapomnieć.

piątek, 14 września 2018

2. "Trujące pasmo"

Tytuł: "Trujące pasmo"
Autor: Arthur Conan Doyle 
Liczba stron: 154
Ocena: 6/10













Arthur Conan Doyle jest znany z tego, że stworzył postać najsłynniejszego detektywa na świecie – Sherlocka Holmesa. Mało osób jednak wie, że poza kryminalnymi przygodami Holmesa i Watsona, pisał on również fantastykę naukową.
„Trujące pasmo”- maleńki zbiór opowiadań (zaledwie trzy) wpadł w moje ręce zupełnie przypadkowo. Gdy tylko ujrzałam nazwisko autora, od razu stwierdziłam, że muszę tę książkę przeczytać, nawet jeśli gatunek nie należy do moich ulubionych. Science fiction nigdy nie leżało w kręgu moich zainteresowań i jakoś nie potrafiłam (nadal nie potrafię) się w tym odnaleźć. W tym przypadku, jako wielka fanka Sherlocka, musiałam jednak spróbować.
Jak już wcześniej wspomniałam, to tylko trzy opowiadania, przy czym jedno z nich zajmuje większą część książki. W dwóch z nich pojawia się postać profesora Challengera, o którym Doyle’a napisał kilka powieści i opowiadań, których jeszcze nie czytałam. Ale po tym zbiorze jestem pewna, że kiedyś przeczytam (o ile uda mi się je gdzieś znaleźć).
Czytało mi się te opowiadania z prawdziwą przyjemnością. Nawet jeśli nie jestem fanką gatunku, to Doyle pisał tak dobrze, w tak angażujący sposób, że po prostu nie da się od tego oderwać. „Trujące pasmo”, czyli najdłuższe opowiadanie z tego zbioru, stara się podejmować dosyć poważny temat (kiedy człowiek jest traktowany jako jednostka, a kiedy jako część pewnej masy?), choć próżno szukać w tym tekście czegoś odkrywczego. Doyle marzył o zapisaniu się w historii jako autor poważnych książek (a nie jako twórca Sherlocka Holmesa, co jak wiemy, zupełnie mu nie wyszło), co można wyczuć w niektórych monologach Challengera, które wywoływały u mnie rozbawiony uśmiech.
Poza tym ta nielubiana przez mnie fantastyka naukowa jest tutaj podana w bardzo przystępnej formie. Więcej w tym nauki, niż fantastyki, co przynajmniej dla mnie, jest zaliczane na plus. Jeśli szukacie czegoś przyjemnego i niezbyt wymagającego, a przy tym nienapisanego prostackim językiem, to opowiadania tego autora są świetnym wyborem.  
Bardzo się cieszę, że trafiłam na ten zbiór opowiadań i z przyjemnością sięgnę po inne historie z profesorem Challengerem. Jeśli lubicie Sherlocka Holmesa i macie sentyment do pióra Doyle’a, to polecam zapoznać się z tą pozycją.

_________________
Jak widzicie, bardzo szybko pojawiła się opinia o kolejnej książce, ale na pewno nie będzie tak zawsze xD Choć postaram się dodawać posty częściej, niż na mojego bloga z opowiadaniem, to na pewno ;) Trzymajcie się! 

czwartek, 13 września 2018

1. "Ludzie na drzewach"

Tytuł: "Ludzie na drzewach" 
Autorka: Hanya Yanagihara 
Liczba stron: 576
Ocena: 7/10*















„Ludzie na drzewach” to kolejna książka Yanagihary wydana w Polsce (tak naprawdę jest to jej debiutancka powieść z 2013 roku). Opowiada historię Nortona Periny – nagrodzonego Noblem naukowca, który odkrył syndrom Syleny (niezmieniająca się kondycja fizyczna przy całkowitej demencji mózgu), a kilkadziesiąt lat później został oskarżony przez jedno ze swoich adoptowanych dzieci o wykorzystywanie seksualne i trafił do więzienia.
Widać, że Yanagihara dobrze zaplanowała tę powieść; że poświęciła sporo czasu na gromadzenie materiałów. Ku mojej radości, próżno szukać w tej książce eksperymentów z narracją, jak to było w „Małym życiu”. Od początku do końca mamy jedną narrację, jeden czas i nawet forma, w jakiej została napisana ta powieść, wydaje się doskonale przemyślana i świetnie pasuje do przedstawianej historii.
Z tyłu książki możemy znaleźć takie zdanie: „Przejmujący debiut Yanagihary jest też próbą rozstrzygnięcia odwiecznego dylematu: czy wielkie umysły mają prawo do życia poza moralnymi normami?”. Kiedy pierwszy raz je czytałam, uśmiechnęłam się tylko z pobłażaniem, bo wszystko to brzmi bardzo wzniośle. Ale „Ludzie na drzewach” faktycznie stawiają sporo ważkich pytań dotyczących moralności, etyki, zderzania się kultur, relatywizmu kulturowego i etnocentryzmu. Autorka porusza sporo problemów, choć książka ta nie jest nawet w połowie tak obszerna, jak „Małe życie”. Mimo to nie mam wrażenia, żeby robiła to po macoszemu. Główny bohater ma jednoznaczne poglądy, jest bardzo wyrazistą postacią, ale poprzez jego historię Yanagihara stawia pytania, które wciąż mnie dręczą. I co najważniejsze – nie udziela nam na nie odpowiedzi.
Myślę, że ostatni rozdział (po epilogu), o ile można tak to nazwać, był zbędny i można było wszystko pozostawić w sferze domysłu. Ostatnie zdanie wywołało nawet u mnie rozbawiony uśmiech, bo ilość patosu była porażająca, a przy tym zupełnie niepotrzebna. Cała powieść pozostawiła jednak we mnie poczucie dużego niepokoju. Choć oczywiste jest, że człowiek nie jest w stanie odpowiedzieć na wszystkie stawiane sobie pytania i zawsze będzie rozdarty pomiędzy pewnymi sprawami, to jednak zderzenie się z niektórymi tematami w tej książce było dla mnie dosyć mocnym przeżyciem. „Ludzie na drzewach” może nie sprawili, że poznałam jakieś wielkie prawdy o świecie, ale skłonili mnie do myślenia o kwestiach, nad którymi już dawno się nie zastanawiałam.
Piszę o tej książce dosyć zawile i dla niektórych może niezrozumiale, ale nie chcę zdradzać więcej z fabuły, bo wydaje mi się, że warto samemu odkrywać tę historię. Ja widzę po tej powieści, że jest lepiej przemyślana, niż druga książka autorki; że nie gra w tak oczywisty sposób na emocjach odbiorców, jak w „Małym życiu” i po prostu jest warta przeczytania. Zapewne znajdą się osoby, które odbiją się od tej książki, ale ja naprawdę ją polecam i z pewnością będę czekać na kolejne powieści Yanagihary (licząc, że będzie pamiętała o realizmie).
Muszę tylko jeszcze wspomnieć, że to na pewno nie jest książka dla wszystkich. Jeśli jesteście wyczuleni na krzywdę dzieci – mam tu na myśli pedofilię – to możecie się od tego mocno odbić. Jeśli jesteście wyczuleni na krzywdę zwierząt – to też może nie być najlepszy wybór. Ale polecam podejść do tego z dystansem i przeczytać, bo warto. 

Ciekawostka: Postać Nortona Periny była wzorowana na laureacie Nagrody Nobla - Danielu Carletonie Gajduseku. 
______________
* Przyjęłam skalę z portalu LubimyCzytać, ale to bardzo subiektywne oceny, więc nie musicie się nimi sugerować ;) 

Witajcie!


Niektórzy z Was kojarzą mnie zapewne z bloga, na którym publikuje opowiadanie (Pęknięcia). Skąd więc pomysł na kolejnego bloga, tym razem o książkach? Nie mam pojęcia. Czytanie, zaraz obok pisania i sportu (w szczególności siatkówki), jest moją ogromną pasją. Dużo czytam, lubię dzielić się z innymi swoimi opiniami o przeczytanych książkach i ostatnio czułam potrzebę jakiejś odskoczni od pisania, które trochę mnie przytłacza. Zobaczymy, jak to wyjdzie :D 
Nie aspiruje tym blogiem do czegoś wielkiego. Nie znajdziecie na nim samych nowości, bo nie czytam wszystkiego, co nowe i jest bestsellerem. Zdecydowanie nadużywam też słowa "recenzja" (i będę go nadużywać, niestety), bo tak naprawdę znajdziecie tutaj tylko moje subiektywne opinie, które nie pretendują do krytycznoliterackich, profesjonalnych recenzji. Innymi słowy - amatorski blog o książkach jakich wiele :D 
Mam nadzieję, że znajdziecie tu ciekawe książki i zostaniecie ze mną na dłużej ;)